
Słuchajcie, to jest historia jak z najlepszego dokumentu na Netflixie, tylko że dzieje się tu i teraz, na lodowisku w Kelownie. Pamiętacie Jarome’a Iginlę? Tego gościa, który w Calgary był niemal bóstwem,
a w reprezentacji Kanady facetem od zadań specjalnych? No więc Jarome ma syna, Tija. I ten chłopak właśnie pokazuje światu, że nazwisko na plecach to dla niego nie ciężar, tylko napęd rakietowy.
Tij Iginla aktualnie wjeżdża z buta w tegoroczne play-offy i przygotowuje się do Memorial Cup. I robi to w stylu, który sprawia, że skautom z NHL – a konkretnie tym z Utah Mammoth, którzy zaklepali go w drafcie – ręce same składają się do oklasków.
Skąd ten zachwyt? Już wam tłumaczę.
Gość wylądował na samym szczycie rankingu prospektów TSN. Mówimy o 41 golach i 90 punktach w zaledwie 48 meczach tego sezonu. Po kontuzjach bioder, które mogły go złamać rok temu, nie ma śladu.
Co więcej, Tij wrócił silniejszy, szybszy – ale także – z tą samą lodowiskową bezczelnością, którą miał jego ojciec.
A pamiętacie, jak Jarome prowadził Kanadę do złota? Tij robi to samo w juniorach. Ostatnio na Mistrzostwach Świata U-20 był tym, na którego wszyscy patrzyli w najważniejszych momentach. On nie pęka.
Jak trzeba strzelić „winnera” w trzeciej tercji, to on po prostu tam jest i to robi.
Ciekawostką jest też to, że Tij wciąż mieszka w domu rodzinnym w Kelownie. Wyobraźcie sobie te kolacje – siedzisz przy stole, a naprzeciwko ciebie siedzi członek Hockey Hall of Fame, który między kęsem steka a łykiem wody tłumaczy ci, jak ustawić się przy wznowieniu. To jest atut, którego nie kupisz za żadne pieniądze.
Co dalej?
Cel jest jeden: Memorial Cup. Kelowna Rockets są gospodarzami tegorocznego turnieju, a Tij ma szansę zrobić dokładnie to, co jego stary w 1994 i 1995 roku – podnieść ten piękny puchar. To by była klamra, od której każdemu fanowi hokeja zakręci się łezka w oku. Tij Iginla to nie jest tylko „syn swojego ojca”. To jest nowoczesna maszyna do zdobywania bramek, facet zbudowany z lodu i pasji, który za chwilę będzie trząsł całą ligą NHL. Jeśli macie wolny wieczór, odpalcie skróty meczów Kelowny. Zobaczcie, jak ten chłopak jeździ, jak widzi grę. To jest czysta radość z hokeja.
Trzymam kciuki za niego, bo takie historie o przekazywaniu pałeczki to jest to, co w sporcie kocham najbardziej. Szykujcie się, bo era Iginli 2.0 właśnie się zaczyna i, wierzcie mi, to będzie cholernie mocne uderzenie!
Jeśli masz pomysł na ciekawy tekst, analizę lub chcesz opisać swoją hokejową przygodę, odezwij się do nas. Nie musisz być profesjonalnym dziennikarzem – liczy się pasja do hokeja! Kliknij zakładkę KONTAKT i wyślij wiadomość przez formularz. Czekamy na Ciebie!
Przemek Pakosz
Street of Hockey
