Najbardziej niewdzięczny etat w branży. Jak NHL wypowiedziała wojnę bramkarzom

W NHL dzieje się coś dziwnego. Dekadę temu hokejowi puryści dostaliby zawału, a trenerzy defensywy osiwieliby w jedną noc. Pamiętacie czasy, kiedy bramkarz ze skutecznością .900* był uważany za kogoś, kto pilnie potrzebuje urlopu albo zmiany zawodu? No to zapomnijcie.

Powrót do roku 1994. NHL znów jest radosną strzelaniną, a bramkarze… no cóż

Oficjalnie dotarliśmy do ściany, a właściwie do progu, poniżej którego nie byliśmy od trzydziestu lat. Pamiętacie rok 1994? „Pulp Fiction” w kinach, wszyscy nucą „Self Esteem” The Offspring, a bramkarze w NHL bronią
ze średnią skutecznością na poziomie .895. Wydawało się, że tamte czasy radosnej strzelaniny odeszły do lamusa wraz z drewnianymi kijami, ale historia – z lekkim uśmiechem i sporą dawką ironii – właśnie zatoczyła koło.
Dzisiaj magiczna granica .900, która jeszcze niedawno była powodem do wstydu i szybkich konsultacji z trenerem, staje się nowym standardem przyzwoitości. To, co kiedyś nazywaliśmy kryzysem formy, dziś jest ligową codziennością. I nie, to nie jest tak, że faceci w maskach nagle oślepli albo stracili refleks. Oni po prostu biorą udział w nierównym wyścigu zbrojeń. Snajperzy dostali broń laserową, a bramkarze wciąż walczą z prawami fizyki.

Na „czuja” albo wcale

Dzisiejszy hokej to maszyna do mielenia defensywnych schematów. Snajperzy to już nie są po prostu goście z silnym nadgarstkiem, to cyborgi, które potrafią posłać krążek pod poprzeczkę z kąta, który matematycznie
nie powinien istnieć. Do tego dochodzi cała ta nowoczesna filozofia gry – więcej podań przez środek, więcej zasłaniania widoczności, więcej rykoszetów. Bramkarz stoi tam, w tym swoim ciężkim sprzęcie, i próbuje wyłapać coś, co widzi dopiero w ostatnim ułamku sekundy. O ile w ogóle ma szczęście cokolwiek dostrzec między lasem nóg i kijów.
Musimy zacząć patrzeć na te cyferki inaczej, bo tradycyjna statystyka przestaje nadążać za rzeczywistością. Dzisiejsze .905 u czołowego bramkarza ma zupełnie inną wagę niż identyczny wynik sprzed dekady. To trochę
jak z inflacją – cyferki niby te same, ale kupisz za nie znacznie mniej spokoju ducha. Żyjemy w erze, w której bycie bramkarzem to najbardziej niewdzięczny etat w sporcie zawodowym. Stoisz pod ostrzałem i robisz mordercze szpagaty. Na koniec statystyka i tak powie, że „kiedyś bronili lepiej”.

Bezlitosna cena hokejowego show

No cóż, może i bramkarze bronili częściej, ale na pewno nie mieli do czynienia z taką intensywnością. My, kibice, właściwie nie powinniśmy narzekać. Więcej goli to więcej emocji, więcej wyrzuconych w górę rąk i więcej powodów, by nie odrywać wzroku od tafli. A że bramkarze po meczach pewnie marzą tylko o ciemnym pokoju i całkowitej ciszy? Cóż, taki urok tej roboty. Witamy z powrotem w latach 90., tylko w wersji znacznie szybszej
i zdecydowanie bardziej bezlitosnej!

*.900: w Ameryce Północnej procent często podaje się jako ułamek dziesięciny (tutaj trzy miejsca po przecinku), gdzie np. .933 oznacza 93,3% obronionych strzałów.

A skoro już o tym gradu goli mowa. Kiedy bramkarze mają teraz pod górkę, to my przynajmniej celebrujmy każdą zdobycz w odpowiednim stylu. Jeśli chcecie uczcić tę nową, radosną erę NHL, wskakujcie do naszego sklepu. Czekają tam na Was T-shirty z serii GOAL!, w których będziecie wyglądać równie dobrze, co krążek wpadający w samo okienko bramki!

Przemek Pakosz
Street of Hockey

Koszyk
error:
Przewijanie do góry